co u nas moim skromnym zdaniem myślę sobie pierwszy rok

Najgorsza jest ta niepewność


Wielu rzeczy obawiałam się przed narodzinami Franka. Takich zwykłych, organizacyjnych. Nocne wstawanie, ogarnięcie całego świata gadżetów dzieciowych, karmienie piersią itp. itd. Generalnie obawiałam się tego, jak to ja sobie dam radę.


O tym, że świat nie pomaga, to już wiemy, ja też pisałam o tym wielokrotnie. Najczęstsze, co słyszałam w ciąży, to: „A teraz to zobaczysz”. Więc podeszłam do sprawy zadaniowo, zakasując rękawy, spluwając na nieudeptaną ziemię, gotowa się z tym zmierzyć, przygotowując się na krwawą rzeź. Na takiej spince trwałam pierwszy miesiąc. Ciągle ze spiętym karkiem, czekając na uderzenie zła. Oczywiście, że to zło nie nadeszło. A mi jedynie z perspektywy czasu szkoda tego miesiąca, który oczywiście minął jak z bicza trzasnął. Że nie wyluzowałam, nie zawsze wsłuchałam się w siebie i w swoje dziecko.

Sytuacja, w której pojawia się pierwsze dziecko jest dla każdego po prostu nowa. Nie czujemy się w niej pewnie, no bo jak. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Każda sytuacja, gdy robimy coś nowego jest stresująca, jednak wychowanie dziecka nie da się porównać z niczym innym – tak bardzo każdej matce zależy przecież, by wyszło DOBRZE. Lub ewentualnie bez większego szwanku.

I naprawdę uważam, że najgorsza w macierzyństwie jest właśnie ta niepewność, to że chcę przecież jak najlepiej, ale każda, nawet błaha sprawa ma milion rozwiązań. Chcesz kupić jakąś rzecz dla dziecka? Wózek, materac, aspirator do nosa? Zawsze musisz podjąć wybór. Biorę ten, nie tamten. Nie wiem, który jest lepszy, bazuję na internecie, opinii koleżanek. Chcę wybrać jak najlepiej, przecież. Ale nie wiem. Skąd mam wiedzieć, jak jest najlepiej (Boże jak ja kocham dostawać rzeczy w spadku po kimś – wtedy cały ten wybór nie istnieje). No i wybrałam, i mam, i używam. I nagle ktoś coś mówi, nie specjalnie raniącego, nawet nie niemiłego, jakąś uwagę, że ten wózek nie wiem ciężko skręca, coś tam. Początkowo miałam tak, że taka uwaga właziła mi do głowy jak robak, wiercąc tam dziurę. Źle, źle wybrałam, mogłam lepiej, nie umiałam, nie wyszło. Albo zdecydowałam się na zakup tego, a nie innego materaca i za każdym razem słyszę: „a ja miałam inny”, jakby mój wybór był na wstępie deklasowany, bo nie jest taki sam, jak wybór matki już doświadczonej.

Zresztą, umówmy się, wózki, materace, aspiratory – to nie są jeszcze „duże rzeczy”. Dla mnie bardzo raniące były komentarze odnośnie porodu (rodziłam przez cc) i karmienia piersią („dobrze ty go przystawiasz?”, „Boże, on schudł”), czułam, jakbym nie wypełniła wbijanej mi do głowy podstawowej roli matki – urodzić i wykarmić, no przecież. Niesamowite jak bardzo zalegają nam w głowie takie przekonania, o których niby to świadomie wiemy, że są bzdurne. Wiem przecież całą sobą, że owo sławetne „urodzić i wykarmić” podstawową rolą matki nie jest, a jednak …

Każda rzecz jest na początku nowa, każdej musimy się uczyć. To w jaki sposób inni ludzie pokazują nam, że nie umiemy, zadają pytania, o to czy nie jest dziecku zimno, czy trzymamy go dobrze, jest w większości przypadków po prostu nie fair – zadane tylko po to, by pokazać nam, że jesteśmy jeszcze na początku drogi. Ale ja to akceptuję – jestem na początku, jeszcze bardzo niewiele wiem, przyjmę wszystkie rady udzielone w dobrej wierze, ale puste komentarze (ja wiem – ich autorzy oczywiście stwierdzą, że one są też wypowiadane w dobrej wierze) mnie nie interesują, nie chcę ich, bo – teraz najczęściej głównie złoszczą – ale wcześniej często zasiewały niepokój w mojej głowie.

Może przy kolejnych dzieciach jest tak, że nasza pewność siebie wzrasta (Boże, spraw by tak było:).Ale póki co dopiero uczę się bronić przed takimi moimi reakcjami, Wierzę, że moje wybory obroni to, że zostały podjęte mając dobro dziecka na względzie.

Na zdjęciu kotek Leonek z Franciszkiem. To zdjęcie ukrywałam przed światem, bo przy kilku pierwszych pokazaniach zalała mnie fala komentarzy pełnych przerażenia – jak to tak? Kot, dziecko, zarazki, toksoplazmoza (o której nasłuchałam się już będąc w ciąży), śmierć na milion sposobów. A dla mnie jest piękne. Widzę mojego syna, który śpi spokojnie, bo czuje się bezpieczny. Widzę naszego kota, który troszczy się o kolejnego członka swojego stada:) Moja intuicja podpowiada mi, że nie ma w tym zdjęciu nic niebezpiecznego. A intuicji właśnie zamierzam od dzisiaj zawierzać:)

Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! 
Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku KLIK!, zacząć obserwować mnie na Instagramie KLIK!, podzielić się tym tekstem przy pomocy ikonek poniżej lub zostawić komentarz.
Bez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!



Related Posts