co u nas moim skromnym zdaniem myślę sobie pierwszy rok

A Ty jeszcze karmisz?


Będąc w ciąży nastawiałam się na karmienie piersią. Chciałam karmić pół roku co najmniej, najlepiej gdzieś około roku. Pół roku to minimum, rok to była długość optymalna, półtorej roku to już wydawało mi się długo. Teraz pojęcie „długo” nabrało dla mnie innego znaczenia. Długo to jest trzy lata, cztery. Półtorej roku? Dwa lata? Zaczęłam dopuszczać takie i takie możliwości. Chciałabym karmić Franka do naturalnego odstawienia. 


W związku z tym, mój aktualny „wynik” pół roku i tydzień naprawdę nie wydaje mi się żadnym spektakularnym osiągnięciem (ani tym bardziej szokującą długością karmienia). Jednak okazało się, że pół roku to również może być długo dla niektórych (a dla innych nawet i za długo).

W tekście TOP 10 najbardziej wkurzających tekstów, które usłyszałam po porodzie pisałam już o sławnym pytaniu „Karmisz?”, w którym oczywiście domyślnie chodzi o karmienie piersią. Gdzieś około piątego miesiąca po porodzie to pytanie ewoluowało w „Jeszcze karmisz?”. I niby nic złego, oczywiście zapytać można, ale po moim „tak”, następowało pełne zdziwienia „Taaaak?”.

Bardzo często wtedy rozmówca sam siebie zaczął uspokajać, że przecież już piąty miesiąc, więc Franek dostaje zupki, papki, inne słoiczki. „Nie, nie dostaje”. O zgrozo. 

„Biedny, biedny Franulek! Tylko na samym mleku”.
„Naprawdę jeszcze żadnych zupek?”
„Nawet na smoczku trochę cukru?”
„Żadnej herbatki?”
„Wody chociaż?”
„A nie myślałaś już o butelce? Bo wiesz, to mleko już niedługo nic nie warte.”

Nie.

No i znowu – ja nie wiem, co ja mam mówić, bo ja nie chcę robić edukacji laktacyjnej, mówić o zaleceniach WHO, ani opiewać karmienia piersią na chodniku. Lubię karmić piersią, cieszę się, że wszystko poszło po mojej myśli, ale uwierzcie – nie przyszło mi to łatwo i przyjemnie. Był czas, kiedy karmiąc jedną ręką trzymałam Franka, drugą uderzałam miarowo w ścianę z bólu. Ale here I am, karmię, tak jak chciałam. Przez to, że nie przyszło mi to łatwo, cenię to. 

I co mnie zastanawia – ludzie się nie krępują. Walą pytania, jedno za drugim, jedno od drugiego bardziej prywatne, bardziej podważające moje bycie mamą, moje decyzje względem mojego dziecka. Gdybym nie wiedziała, gdybym nie czytała, może pomyślałabym: „O kurde. To się herbatkę daje.” I dawałabym.

Kończy się tak, że nie chce mi się za wiele mówić. O tym, że rozszerzamy Frankowi dietę metodą BLW, niepytana nie mówię, a nawet i pytana, często odpowiadam wymijająco. Nie chce mi się, po prostu. Patrzeć na zdziwienie, potem słuchać pytań, niby zaciekawionych, a tak naprawdę na końcu wysłuchać litanii na temat tego, że on w ten sposób nic nie zje i w ogóle to się udławi.

Wymyśliłam też metodę, którą doskonalę od tygodnia i przynosi ona zadowalające wyniki. No więc na niewygodne dla mnie pytanie odpowiadam krótko „Tak/Nie” i szybko zadaję jakieś otwarte pytanie, a najlepiej serię pytań mojej rozmówczyni (czy też mojemu rozmówcy, gdyż zupełnie obcy mężczyźni również bardzo często zainteresowani są tym, czy karmię Franka).

„Jeszcze karmisz?”
„Tak. A co u Ciebie? Dalej pracujesz u Zenka?”

To działa. W sumie to logiczne, że działa. Jest jedna rzecz, którą ludzie wolą bardziej niż obgadywać innych czy też przyłapać innych na błędzie. Wolą rozmawiać o sobie.

Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! 
Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku KLIK!, zacząć obserwować mnie na Instagramie KLIK!, podzielić się tym tekstem przy pomocy ikonek poniżej lub zostawić komentarz.
Bez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!



Related Posts