cesarskie cięcie ciąża co u nas myślę sobie na bieżąco pierwszy rok poród

O tym, jak nie urodziłam mojego syna


Długo zastanawiałam się, czy napisać ten tekst. Kiedy zdecydowałam, że jednak powstanie – długo zbierałam się do pisania. Franek kończy pół roku za 4 dni, a ja w końcu zdecydowałam się napisać o tym, co zaszło w dniu, w którym przyszedł na świat.

Wszystko miałam obcykane. Chodziłam na szkołę rodzenia, ćwiczyłam namiętnie oddechy przed lustrem, znałam na pamięć fazy porodu. Obiecałam sobie, że pojadę do szpitala, jak skurcze będą już regularne, nie będę panikować, co to to nie, oto ja ostoja spokoju i zen porodowego.


Nie miałam fałszywego obrazu porodu – wiedziałam, że poród boli, nastawiłam się na największy ból mojego życia. Ale…nastawiłam się zadaniowo. Byłam bardzo zmotywowana, chciałam rodzić naturalnie, trochę nie rozumiałam cesarek na życzenie. Chciałam przejść te wszystkie etapy, chciałam żeby moje dziecko je przeszło.

Brzuch miałam jak balon już od początku ciąży. Dziecko duże – mogę urodzić wcześniej. Na pierwszym USG z 7 tygodnia Franek był wybitnie duży – dzieci w tym okresie są mniej więcej tych samych rozmiarów – dopiero później zaczynają rosnąć w swoim tempie. 

Lekarz podejrzewał nawet, że ciąża jest wcześniejsza. USG 3D  wykonane w 6 miesiącu potwierdza te podejrzenia – z tego badania wyliczono mi termin o 3 tygodnie wcześniejszy niż z miesiączki.

Jednak każdy boi się podważyć oficjalnego terminu wyliczonego z okresu „no bo wie Pani”. Trochę nie wiem. Trochę żartuję, a trochę się wkurzam, że ludzie na Marsa potrafią polecieć, a nie umieją wyliczyć, kiedy urodzi się moje dziecko.

No nic – mam być gotowa od połowy kwietnia. Więc jestem gotowa. Czujecie to? Ostatni miesiąc ciąży to jest w ogóle masakra – on trwa 1459 dni przecież, a tu jeszcze taki klimat, że nie wiadomo kiedy Franek się urodzi – rozpiętość wynosiła 3 tygodnie od połowy kwietnia do mojego terminu wyliczonego z okresu – 10 maja. Plus oczywiście 2 tygodnie po 10 maja, bo to przecież też absolutnie w normie, urodzić dwa tygodnie po terminie. Tylko kiedy był ten termin? A no tego nikt nie wiedział. Oficjalnie funkcjonowała data 10 maja. 

No więc czekałam, turlałam się próbując zachować spokój, ale moja ciąża cudna przerzygana mi tego nie ułatwiała. Puchłam i wymiotowałam jak dzika, bo mdłości w moim przypadku nie ograniczyły się jedynie do pierwszego trymestru. Do tego zgaga i drętwienie palców u rąk. Spałam na pół siedząco (jeśli w ogóle spałam) i miałam dość wszystkiego. Myślę, że niejedna z Was to zna. 

No nic – chciałam po prostu urodzić. Czekałam na objawy zaczynającego się porodu, jak dziecko na Gwiazdkę, a tu nic. Parę razy czułam jakieś nieregularne skurcze przepowiadające. Poza tym nic – wielkie NIC.

Tak minął kwiecień. Porodu ani widu ani słychu. Zaczął się maj, a ja zaczęłam się filmować. A co jeśli termin był faktycznie na połowę kwietnia? Co jeśli ciąża jest przenoszona?

Jak ja się rodziłam, to właśnie przetrzymali moją mamę za długo. Akcja porodowa ustała, zielone wody, brak tętna, wyciągali mnie myśląc, że jestem martwa, kleszczami połamali mi obojczyki i miednicę. Okazało się, że jednak żyję. Dostałam 2 punkty w skali Apgar. Mojej mamie powiedzieli, że z powodu niedotlenienia nie wróżą mi dobrze. Jeden lekarz powiedział wręcz dosadniej: „Proszę o to dziecko nie walczyć. Ono przeżyje maksymalnie 3 lata”.

Miałam to z tyłu głowy i tak bardzo nie chciałam panikować, tak bardzo chciałam zachować spokój, czekać na te skurcze przecież, liczyć minuty między nimi, oddychać. Ale strach już się wkradał, pełzł mi po karku. Chodziłam na wizyty co tydzień. Wszystko ok, ale na poród się nie zapowiada. Nadszedł 10 maja – w mojej głowie data ostateczna, byłam przekonana, że do tego dnia już z pewnością urodzę. A tu nic. 

We wtorek poszłam na kontrolę do ginekologa. Niby dwa dni po terminie, ale kiedy był ten termin? Do dziś nie wiem. Miałam nadciśnienie ciążowe, brałam leki. Tego dnia ciśnienie było astronomiczne. Przez całą ciążę do 8 miesiąca przytyłam 6,5 kilograma. W 8 i 9 przytyłam kolejne 7 – ale to była praktycznie sama woda – tak bardzo spuchłam. Dostałam skierowanie do szpitala.

Trochę się rozczarowałam, bo wiecie miałam ten plan, że czekam w domu na skurcze, że nie panikuję, że jadę spokojnie, kiedy jestem już pewna, że COŚ się zaczęło. No ale lepiej w szpitalu, bezpieczniej, tak sobie tłumaczyłam. 

W szpitalu po badaniu ordynator powiedział, że to niemożliwe, żebym była po terminie. Bo u mnie na poród się nie zapowiada, bo w sumie wygląda to tak, jakby to był 32 – 34 tydzień. Cooooo?

Kazano mi pokazać wczesne USG. I znów zagwostka, bo na wczesnych USG dziecko przecież wygląda nawet na większe niż według daty ostatniej miesiączki.

Masakra. Leżałam i patrzyłam w ścianę. Zastanawiałam się, że jak to możliwe, że nie wiedzą. Podjęto decyzję o wywoływaniu porodu. Nie wiedziałam, czy jestem w terminie, czy po, czy przed. Do tego ciśnienie szalało i nie dawało się zbić. Puchłam w oczach.

Po pierwszym dniu wywoływania zaczęłam odczuwać pierwsze skurcze, nieregularne i w dużych odstępach czasowych. Drugiego w czwartek skurcze były silniejsze, ale dość nieregularne. W piątek zdecydowano się na użycie cewnika Foleya. Godzinę po zabiegu leżałam w bólach. Później zaczęłam czuć wyraźne, regularne skurcze. Co dziesięć minut. Zgłosiłam to położnej. Skurcze przybierały na sile i były coraz częstsze – co 8, co 6 minut. Na wieczornym obchodzie położna przekazała przy lekarzowi, że „pacjentka odczuwa lekkie pobolewanie”. Lekarz pokiwał głową. Poszli. Zrobiono KTG, wszystko ok, proszę iść spać. Ale ja spać nie mogłam. Skurcze były co 6, a potem 5 minut. Regularnie. Około 2 w nocy zaczęłam mieć silne bóle co 4 minuty. Zgłosiłam położnej. To jeszcze nie to – usłyszałam.

W sobotę rano byłam już zmęczona bólem, pół nocy spędziłam pod prysznicem. Lekarz zbadał mnie i powiedział: „Zapraszam na porodówkę”. Ucieszyłam się. Czyli jednak zaczęło się! Pamiętam, że stałam przy oknie, opierając się rękami o parapet przy silniejszym skurczu, patrzyłam na świat, był piękny, ciepły dzień, świeciło słońce, a ja mimo tych bolesnych skurczy byłam szczęśliwa. Bardzo zadaniowo nastawiona. Pamiętałam ze szkoły rodzenia o wszystkich technikach łagodzenia bólu, pamiętałam o sprzętach w sali porodowej, które były po to, by mi pomóc – piłki, prysznic itd.

Zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał i poszłam na trakt porodowy. Dosłownie poszłam, pchając wózek z moją torbą przed sobą. 

Na sali porodowej podeszła do mnie położna, przedstawiła się o powiedziała, że muszę mieć podaną oksytocynę. Lekarz nie powiedział mi, że mimo iż skurcze są silne, rozwarcia brak. Rozczarowałam się. Jak to? Mam leżeć? A te piłki, masaże i inne rzeczy? Więc leżałam z kroplówką. 

Wtedy mniej więcej poczułam po raz pierwszy, że coś chyba jest nie tak. Czułam skurcze, bolało, ale bardziej bolało między skurczami. Zgłosiłam to położnej, która powiedziała, że to niemożliwe, że mnie boli, jak ja przeżyłam tatuaże, które mam, skoro jestem taka wrażliwa na ból? Proszę oddychać i leżeć. Wyszła.

Przyjechał mój mąż. W sali byliśmy my i dwie praktykantki. Bolało. Nie wiedziałam kiedy skurcz się zaczynał, a kiedy kończył. Bolało cały czas. Przyszła inna położna, powiedziałam, że mnie boli, ona na to, że na tym etapie większość kobiet nawet nie odczuwa skurczy, że muszę być mało odporna na ból. Podała mi gaz rozweselający, powiedziała, że źle oddycham. Ale nie powiedziała jak mam to robić. „Nie takie tu rodziły” powiedziała. Przyszedł lekarz, bardzo młody, zbadał mnie, powiedział, że „skurcze są bardzo ładne”. Ja powiedziałam do męża, że boję się, że zaraz stracę przytomność.

Nagle wszystko zaczęło się dziać szybko. Pikanie KTG zaczęło zwalniać. Dziecko w brzuchu zaczęło szaleć, mocno kopać. Mój brzuch cały „chodził”. Młody lekarz wybiegł. Mojego męża wyprosili. Położna zaczęła krzyczeć, że źle oddycham, że dziecko się dusi przeze mnie.

Przyszedł starszy lekarz, rzucił na mnie okiem i zarządził cesarkę. Podpisałam papiery, położna zdjęła mi koszulę i kazała przejść na nosze. Mój mąż, który znów był na sali, chciał mi pomóc, położna odsunęła go, mówiąc: „żona sobie poradzi”. Wdrapałam się na nosze, naga, w bólach, z brzuchem wielkim jak namiot cyrkowy, w którym moje dziecko się dusiło.

Zabrali mnie na salę operacyjną, wieźli mnie tak jak weszłam na te nosze – nagą. Biegli. Pamiętam ten wiatr, który czułam na całym ciele. 

Pewnie powinnam była myśleć o dziecku. Martwić się. Modlić. Nie myślałam nic. Miałam pustkę w głowie. 

Dotarliśmy do sali operacyjnej. Kazano mi zejść z noszy i położyć się na stole operacyjnym. Próbowano wkłuć mi się w kręgosłup ze znieczuleniem. Wszedł lekarz, powiedział, że już za późno, że znieczulenie będzie całościowe. Położna kazała mi leżeć bez ruchu. Anestezjolog kazał mi przesunąć się do góry. Przesunęłam się. Położna krzyknęła: „Bez ruchu powiedziałam! O dziecku myśl!”. Lekarz wyprosił ją z sali. Podłączyli znieczulenie. Myślałam, że będę odpływać, jak na filmach, że będą liczyć do 10. To była sekunda. Odpłynęłam tak, jakby zgaszono światło w pokoju.

Obudziłam się, gdy wieźli mnie do sali. Pierwsze zdanie, które usłyszałam to: „Ej, ale dlaczego ona miała całościowe?”. To panie wiozące mnie dyskutowały o moim porodzie. 

Leżałam bez ruchu. Dowieźli mnie do sali, gdzieś po drodze dołączył do nas mój mąż. Powiedział, że Franek jest w inkubatorze, pokazał filmiki. Po raz pierwszy zobaczyłam swoje dziecko na filmiku. 

Zobaczyłam Franka na żywo po 4 godzinach, dlatego, że prosiłam. Chcieli przywieźć mi go dopiero następnego dnia. 

Franek otrzymał 5 punktów w skali Apgar. W drugiej minucie po urodzeniu przestał oddychać. Reanimowali go trzy minuty.

Nie wiem do dziś, co się zadziało. Nikt ze mną nie rozmawiał, lekarze unikali mnie. Trochę ich wkurzałam, trochę zwalali to na mnie, bo źle oddychałam. Wydawało mi się, że dobrze, starałam się robić to tak, jak na szkole rodzenia. Nikt na porodówce nie powiedział mi, jak to robić. Położnej prawie nie było.

Gdy w dniu wypisu zgłaszałam, że coś się dzieje z moją raną po cesarce, lekarz to zbagatelizował. Zapytał się mnie, czy mam w domu mydło. „Ma Pani? To proszę przemywać”. W szóstej dobie po porodzie miałam krwotok z rany.

Nie wiem, co się wydarzyło w trakcie porodu, nie wiem dlaczego poszło tak, a nie inaczej. Jeśli robiłam coś źle, położna lub lekarz mogli mi o tym powiedzieć, mogli mnie pokierować. Czułam się niedoinformowana, nie traktowana poważnie. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale wiem, że nie powinno tak być. Nikt ze mną nie rozmawiał, ani o mnie, ani o porodzie, ani o dziecku. O jego stanie, o reanimacji, o konieczności USG przezciemiączkowego, by stwierdzić, czy niedotlenienie miało jakieś konsekwencje – o tym wszystkim dowiedziałam się z karty Franka.

Do dziś nie wiem, kiedy był mój termin porodu, nikt nie potrafił mi na to odpowiedzieć. Czy trzeba było czekać, aż poród sam się zacznie? Czy trzeba było zrobić cesarkę wcześniej? Chciałam urodzić naturalnie. Ale nie wiem, co zrobię w kolejnej ciąży. Czy strach zwycięży. Strach o dziecko. 

Gdy Franek był już na świecie, bliska mi osoba powiedziała: „Nie wiem, jak mówić ludziom, że już urodziłaś. No właśnie, nie mogę mówić, że urodziłaś, no bo nie urodziłaś, prawda? Wiem, będę mówić, że Patrycja ma już Franka”.                                                                             


                                                       
Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! 
Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku KLIK!, zacząć obserwować mnie na Instagramie KLIK!, podzielić się tym tekstem przy pomocy ikonek poniżej lub zostawić komentarz.
Bez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!



Related Posts

  • Katarzyna Dettlaff

    Fakt że dziecko przyszło na świat przez cesarke nie znaczy że go nie urodzilaś☺️ wbrew pozorom to nie jest tak że do cesarki kobieta położy się jak wieloryb i czeka aż wszystko za nią zrobią,(a i takie się zdarzają). Przeszłaś sama na nosze z łóżka na porodówce pomimo zajebistego bólu? Przeszłaś. Przeszłaś z nowszy na stół operacyjny? Przeszłaś. Wspolpracowalas jak próbowali cię znieczulić zewnątrzoponowo? Wspolpracowalas. I teraz Ci powiem, że sprawy sobie nie zdajesz jak te drobne szczegóły ułatwiają personelowi na bloku operacyjnym przeprowadzenia tego cięcia szybko i sprawnie. A to że moment samego wyjścia na świat zrobił ktoś inny? Tak czasem bywa☺️ jedno jest pewne, urodzilaś swoje dziecko i to cholernie dobrze☺️

  • Tomek666212

    Tylko 6 procent kobiet rodzi w polskich szpitalach w pełni naturalnie. Patologia straszliwa. Pierwszy powód to rutyna i bezmyślność personelu medycznego, a po drugie same kobiety (poza wyjątkami) nic nie wiedzą o porodzie, więc pozwalają sobie na wszystko.
    Ingerencje medyczne (chociażby podawanie oksytocyny) mogą poważnie zakłócić przebieg porodu, a potem dramat, którego nie byłoby przy naturalnym porodzie.
    Jeśli chcesz rodzić naturalnie, to nie zgadzaj się na żadne interwencje medyczne, które mają za zadanie przyśpieszyć poród, bo może to spowodować komplikacje, która jak w twoim przypadku skończą się nagłą cesarską. Wiele kobiet nie wie dlaczego prawidłowo przebiegający poród nagle się komplikuje, ale to jest właśnie przyczyna.
    I co bardzo ważne. W żadnym razie nie kładźcie się do porodu. Odpada pozycja leżąca lub półsiedząca.
    Te pozycje bardzo utrudniają fazą parcia i ubezwłasnowolniają kobiety, to znaczy często nie mogą wtedy samodzielnie urodzić dziecka. Radzę poczytać o wadach pozycji horyzontalnych, a zaletach pozycji wertykalnych.

    • Katarzyna Dettlaff

      Po pierwsze, podawanie oksytocyny jest jak najbardziej rekomendowane przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne:
      Wskazania do zakończenia ciąży mogą wystąpić
      zarówno w ciąży o prawidłowym jak i patologicznym
      przebiegu ze względów matczynych i/lub płodowych.
      Należą do nich między innymi:
      • nadciśnienie indukowane ciążą / stan przedrzucawkowy,
      • nadciśnienie przewlekłe,
      • cukrzyca,
      • przewlekłe schorzenia ciężarnej (niezaawansowane,
      ustabilizowane),
      • zakażenie wewnątrzmaciczne,
      • konflikt serologiczny,
      • hipotrofia płodu (IUGR) ,
      • nieprawidłowe wyniki badań mogące sugerować zagrażające
      niedotlenienie wewnątrzmaciczne (np.: osłabienie
      ruchów płodu, nieprawidłowe KTG, małowodzie,
      graniczne wartości przepływów dopplerowskich
      w naczyniach płodowych a szczególnie tętnicy środkowej
      mózgu),
      • obumarcie wewnątrzmaciczne donoszonego płodu
      w wywiadzie,
      • wady rozwojowe płodu,
      • przedwczesne pęknięcie pęcherza płodowego,
      • w rzadkich sytuacjach inne wskazania elektywne. (źr.Ginekol Pol. 2009, 80, 548-557).
      Z tego co autorka napisała to miała zdiagnozowane nadciśnienie w ciąży. I tak, oczywiście że podawanie oksytocyny czy inne dopuszczalne metody indukowania porodu niosą za sobą konsekwencje ale nadciśnienie czy rzucawka u rodzącej może ciągnąć za sobą jeszcze większe konsekswencje.
      Po drugie, radząc kobiecie rodzącej aby nie zgadzała się na żadne interwencje medyczne najzwyczajniej robi się jej krzywdę. Rozumiem, że nacięcie krocza(nie mówię o rutynowym nacięciu krocza) to komplikacja porodu i niemalże szlachtowanie kobiety?
      Po trzecie, położne i ginekolog z założenia znają się na swojej robocie(oczywiście że zdarzają się wyjątki, ale na to nie mamy wpływu) i po to są na porodówce żeby właśnie pomóc kobiecie i dziecku przejść przez poród w sposób bezpieczny i zgodny z aktualnymi zaleceniami i standardami obowiązującymi w medycynie.

      Po czwarte, autor komentarza w skórcie mówi – nie zgadzaj się na oksytocynę, nie zgadzaj na żadne ingerencje medyczne, personel medyczny jest głupi i bezmyślny, rodzące są jeszcze głupsze ale najważniejsze to nie wykonujcie żadnych poleceń personelu tylko wypchnijcie dziecko w pozycji stojącej. To ja się pytam w takim razie, po jakiego h…ja do szpitala i na porodówkę? Urodźmy dzieciaka pod krzakiem przed domem. Grunt żeby na stojąco.

      • Ja myślę, że są dwie strony – fajnie, jak wszystko idzie tak, jak powinno i wtedy rzeczywiście każda ingerencja w naturalny proces zwiększa szanse na cc. Ale cc to nie jest zło, czasami jest konieczne i śmiem twierdzić, że w moim przypadku uratowało życie mojego syna, a nie wiadomo, czy nie moje. Dziś patrzę na całą sytuację z innej perspektywy – czy cc było konieczne? Nie wiem. Nie cc mnie boli w tym porodzie, ale brak komunikacji na linii personel – rodząca, brak chęci pomocy, przeprowadzenia przez ten proces.

      • Tomek666212

        Może jeszcze napisz, że 90 procent kobiet nie może urodzić naturalnie dziecka bez ingerencji medycznej? Bo tak właśnie obecnie to wygląda, jeśli chodzi o porody. Ktoś nie mający pojęcia o porodzie mógłby tak stwierdzić na podstawie tego co napisałaś.
        Zresztą nie trzeba być nawet znawcą porodów żeby stwierdzić że porody wywoływane i stymulowane są bardzo nadużywane i to samo odnośnie cesarskich cięć.
        A te aktualne zalecenia i standardy w medycynie to masz na myśli Polskę czy kraje zachodnie?
        Wiesz jakie są zalecenia WHO odnośnie chociażby cesarskich cięć i nacięć krocza?
        Nie mam nic do medykalizacji porodów, ale pod warunkiem że będzie dotyczyć maksymalnie kilkunastu procent rodzących, a nie kilkudziesięciu czy większości.
        Medykalizacja jest obecnie na ogromną skalę co znacznie bardziej szkodzi niż pomaga.
        Stanowcza większość kobiet może urodzić bez nacięcia i pęknięcia, ale im się na to nie pozwala.
        Obecnie kobiety, których krocze nie zostało uszkodzone podczas porodu czują się jak wyjątki, a powinny być w ogromnej większości.
        Poród w pełni naturalny i w pozycji wertykalnej to najlepszy sposób na urodzenie dziecka w przypadku zdrowej kobiety.

  • No nie wiem-moze powinno sie ustanowic „rocznice wydobycia” dla osób urodzonych przez cc. Nie powinni obchodzić urodzin, skoro matka ich nie urodziła, prawda?
    Kiedy mówi się, ze ok.30%kobiet cierpi na poporodowy zespol stresu pourazowego tez sie znajdzie grono, ktore podniesie larum, jak porod mozna uwazac za traumę? Porównywać z gwałtem czy zagrożeniem życia?
    Życzę im więcej pokory. Bo doświadczeń z porodowki nawet wrogom nie życzę-w imię miłości bliźniego:)

  • Monika

    Ja tez bardzo chciałam urodzić naturalnie, cały czas byłam na to nastawiona i przekonana, ze wszystko będzie ok. Pod koniec ciąży okazało się, ze dziecko nie wstawiło się do kanału, poza tym chyba będzie duże, wiec możliwe, ze cesarka. Ja ciagle powtarzałam, ze chciałabym rodzic naturalnie, ze może jeszcze się obniży… Na porodowke pojechałam ze skurczami co 5 minut, szczęśliwa, ze jednak się uda. Rozwarcie 8cm, ale szyjka w ogóle nie skrócona, czyli dziecko dalej wysoko. Po kilku godzinach podjęto decyzje o cc… pamietam, ze płakałam jadąc na sale… Do teraz się zastanawiam czy moja cc była konieczna, czy jeśli pozwolono by mi dłużej próbować to czy udałoby mi się urodzić naturalnie? A co jeśli wtedy coś stałoby się dziecku? I nie wiem… pewnie nigdy się nie dowiem, ale męczy mnie to nadal, chociaż córka ma już prawie 7 miesięcy… marzę o VBAC, ale boję się nastawić, żeby potem nie przeżyć kolejnego rozczarowania.

    • Wiem, co czujesz. Ja też nie jestem do końca pogodzona z moją cesarką. To taka mieszanka lęku i żalu – tak samo wobec mojego drugiego zbliżającego się porodu? Czy czekać i podejmować ryzyko? Czym ryzykuję? Czy mogę zaszkodzić sobie i dziecku? Czy może lepiej iść od razu na cc? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Bardzo bym chciała urodzić sn teraz, ale co będzie, to będzie…

  • Duena Indiga

    Mnie także nie udało się urodzić naturalnie. Mały ułożył się poprzecznie miednicowo, od 20 tygodnia nie zmienił pozycji mimo moich różnych zabiegów- ćwiczeń, chodzenia na czworaka, leżenia z uniesioną miednicą. Na szczęście cc zostało wykonane po odejściu wód płodowych, bez podawania oksytocyny, wywoływania porodu. Mam jednak żal, że nie udało mi się urodzić drogami natury, że od odejścia wód do cc minęło ponad 12 godzin bezsensownego leżenia na porodówce z rozwarciem na opuszkę i czekania na zabieg, że nie miałam z małym nieprzerwanego kontaktu skóra do skóry, że nikt nie spojrzał na jego krótkie wędzidełko podjęzykowe, że nasłuchałam się że nie karmię piersią, i że to w sumie moja wina, że mały nie ssie, że doradca laktacyjny miał dla mnie 5 minut, że nikt mnie nie zapytał o to czy podać małemu mleko modyfikowane, że w wyniku pewnych zaniechań mały płakał z głodu a ja z nim z poczuciem winy bo nie jestem w stanie go wykarmić… Poród miał być piękny… skończył się traumą