cesarskie cięcie ciąża co u nas myślę sobie na bieżąco pierwszy rok poród

O tym, jak nie urodziłam mojego syna


Długo zastanawiałam się, czy napisać ten tekst. Kiedy zdecydowałam, że jednak powstanie – długo zbierałam się do pisania. Franek kończy pół roku za 4 dni, a ja w końcu zdecydowałam się napisać o tym, co zaszło w dniu, w którym przyszedł na świat.

Wszystko miałam obcykane. Chodziłam na szkołę rodzenia, ćwiczyłam namiętnie oddechy przed lustrem, znałam na pamięć fazy porodu. Obiecałam sobie, że pojadę do szpitala, jak skurcze będą już regularne, nie będę panikować, co to to nie, oto ja ostoja spokoju i zen porodowego.


Nie miałam fałszywego obrazu porodu – wiedziałam, że poród boli, nastawiłam się na największy ból mojego życia. Ale…nastawiłam się zadaniowo. Byłam bardzo zmotywowana, chciałam rodzić naturalnie, trochę nie rozumiałam cesarek na życzenie. Chciałam przejść te wszystkie etapy, chciałam żeby moje dziecko je przeszło.

Brzuch miałam jak balon już od początku ciąży. Dziecko duże – mogę urodzić wcześniej. Na pierwszym USG z 7 tygodnia Franek był wybitnie duży – dzieci w tym okresie są mniej więcej tych samych rozmiarów – dopiero później zaczynają rosnąć w swoim tempie. 

Lekarz podejrzewał nawet, że ciąża jest wcześniejsza. USG 3D  wykonane w 6 miesiącu potwierdza te podejrzenia – z tego badania wyliczono mi termin o 3 tygodnie wcześniejszy niż z miesiączki.

Jednak każdy boi się podważyć oficjalnego terminu wyliczonego z okresu „no bo wie Pani”. Trochę nie wiem. Trochę żartuję, a trochę się wkurzam, że ludzie na Marsa potrafią polecieć, a nie umieją wyliczyć, kiedy urodzi się moje dziecko.

No nic – mam być gotowa od połowy kwietnia. Więc jestem gotowa. Czujecie to? Ostatni miesiąc ciąży to jest w ogóle masakra – on trwa 1459 dni przecież, a tu jeszcze taki klimat, że nie wiadomo kiedy Franek się urodzi – rozpiętość wynosiła 3 tygodnie od połowy kwietnia do mojego terminu wyliczonego z okresu – 10 maja. Plus oczywiście 2 tygodnie po 10 maja, bo to przecież też absolutnie w normie, urodzić dwa tygodnie po terminie. Tylko kiedy był ten termin? A no tego nikt nie wiedział. Oficjalnie funkcjonowała data 10 maja. 

No więc czekałam, turlałam się próbując zachować spokój, ale moja ciąża cudna przerzygana mi tego nie ułatwiała. Puchłam i wymiotowałam jak dzika, bo mdłości w moim przypadku nie ograniczyły się jedynie do pierwszego trymestru. Do tego zgaga i drętwienie palców u rąk. Spałam na pół siedząco (jeśli w ogóle spałam) i miałam dość wszystkiego. Myślę, że niejedna z Was to zna. 

No nic – chciałam po prostu urodzić. Czekałam na objawy zaczynającego się porodu, jak dziecko na Gwiazdkę, a tu nic. Parę razy czułam jakieś nieregularne skurcze przepowiadające. Poza tym nic – wielkie NIC.

Tak minął kwiecień. Porodu ani widu ani słychu. Zaczął się maj, a ja zaczęłam się filmować. A co jeśli termin był faktycznie na połowę kwietnia? Co jeśli ciąża jest przenoszona?

Jak ja się rodziłam, to właśnie przetrzymali moją mamę za długo. Akcja porodowa ustała, zielone wody, brak tętna, wyciągali mnie myśląc, że jestem martwa, kleszczami połamali mi obojczyki i miednicę. Okazało się, że jednak żyję. Dostałam 2 punkty w skali Apgar. Mojej mamie powiedzieli, że z powodu niedotlenienia nie wróżą mi dobrze. Jeden lekarz powiedział wręcz dosadniej: „Proszę o to dziecko nie walczyć. Ono przeżyje maksymalnie 3 lata”.

Miałam to z tyłu głowy i tak bardzo nie chciałam panikować, tak bardzo chciałam zachować spokój, czekać na te skurcze przecież, liczyć minuty między nimi, oddychać. Ale strach już się wkradał, pełzł mi po karku. Chodziłam na wizyty co tydzień. Wszystko ok, ale na poród się nie zapowiada. Nadszedł 10 maja – w mojej głowie data ostateczna, byłam przekonana, że do tego dnia już z pewnością urodzę. A tu nic. 

We wtorek poszłam na kontrolę do ginekologa. Niby dwa dni po terminie, ale kiedy był ten termin? Do dziś nie wiem. Miałam nadciśnienie ciążowe, brałam leki. Tego dnia ciśnienie było astronomiczne. Przez całą ciążę do 8 miesiąca przytyłam 6,5 kilograma. W 8 i 9 przytyłam kolejne 7 – ale to była praktycznie sama woda – tak bardzo spuchłam. Dostałam skierowanie do szpitala.

Trochę się rozczarowałam, bo wiecie miałam ten plan, że czekam w domu na skurcze, że nie panikuję, że jadę spokojnie, kiedy jestem już pewna, że COŚ się zaczęło. No ale lepiej w szpitalu, bezpieczniej, tak sobie tłumaczyłam. 

W szpitalu po badaniu ordynator powiedział, że to niemożliwe, żebym była po terminie. Bo u mnie na poród się nie zapowiada, bo w sumie wygląda to tak, jakby to był 32 – 34 tydzień. Cooooo?

Kazano mi pokazać wczesne USG. I znów zagwostka, bo na wczesnych USG dziecko przecież wygląda nawet na większe niż według daty ostatniej miesiączki.

Masakra. Leżałam i patrzyłam w ścianę. Zastanawiałam się, że jak to możliwe, że nie wiedzą. Podjęto decyzję o wywoływaniu porodu. Nie wiedziałam, czy jestem w terminie, czy po, czy przed. Do tego ciśnienie szalało i nie dawało się zbić. Puchłam w oczach.

Po pierwszym dniu wywoływania zaczęłam odczuwać pierwsze skurcze, nieregularne i w dużych odstępach czasowych. Drugiego w czwartek skurcze były silniejsze, ale dość nieregularne. W piątek zdecydowano się na użycie cewnika Foleya. Godzinę po zabiegu leżałam w bólach. Później zaczęłam czuć wyraźne, regularne skurcze. Co dziesięć minut. Zgłosiłam to położnej. Skurcze przybierały na sile i były coraz częstsze – co 8, co 6 minut. Na wieczornym obchodzie położna przekazała przy lekarzowi, że „pacjentka odczuwa lekkie pobolewanie”. Lekarz pokiwał głową. Poszli. Zrobiono KTG, wszystko ok, proszę iść spać. Ale ja spać nie mogłam. Skurcze były co 6, a potem 5 minut. Regularnie. Około 2 w nocy zaczęłam mieć silne bóle co 4 minuty. Zgłosiłam położnej. To jeszcze nie to – usłyszałam.

W sobotę rano byłam już zmęczona bólem, pół nocy spędziłam pod prysznicem. Lekarz zbadał mnie i powiedział: „Zapraszam na porodówkę”. Ucieszyłam się. Czyli jednak zaczęło się! Pamiętam, że stałam przy oknie, opierając się rękami o parapet przy silniejszym skurczu, patrzyłam na świat, był piękny, ciepły dzień, świeciło słońce, a ja mimo tych bolesnych skurczy byłam szczęśliwa. Bardzo zadaniowo nastawiona. Pamiętałam ze szkoły rodzenia o wszystkich technikach łagodzenia bólu, pamiętałam o sprzętach w sali porodowej, które były po to, by mi pomóc – piłki, prysznic itd.

Zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał i poszłam na trakt porodowy. Dosłownie poszłam, pchając wózek z moją torbą przed sobą. 

Na sali porodowej podeszła do mnie położna, przedstawiła się o powiedziała, że muszę mieć podaną oksytocynę. Lekarz nie powiedział mi, że mimo iż skurcze są silne, rozwarcia brak. Rozczarowałam się. Jak to? Mam leżeć? A te piłki, masaże i inne rzeczy? Więc leżałam z kroplówką. 

Wtedy mniej więcej poczułam po raz pierwszy, że coś chyba jest nie tak. Czułam skurcze, bolało, ale bardziej bolało między skurczami. Zgłosiłam to położnej, która powiedziała, że to niemożliwe, że mnie boli, jak ja przeżyłam tatuaże, które mam, skoro jestem taka wrażliwa na ból? Proszę oddychać i leżeć. Wyszła.

Przyjechał mój mąż. W sali byliśmy my i dwie praktykantki. Bolało. Nie wiedziałam kiedy skurcz się zaczynał, a kiedy kończył. Bolało cały czas. Przyszła inna położna, powiedziałam, że mnie boli, ona na to, że na tym etapie większość kobiet nawet nie odczuwa skurczy, że muszę być mało odporna na ból. Podała mi gaz rozweselający, powiedziała, że źle oddycham. Ale nie powiedziała jak mam to robić. „Nie takie tu rodziły” powiedziała. Przyszedł lekarz, bardzo młody, zbadał mnie, powiedział, że „skurcze są bardzo ładne”. Ja powiedziałam do męża, że boję się, że zaraz stracę przytomność.

Nagle wszystko zaczęło się dziać szybko. Pikanie KTG zaczęło zwalniać. Dziecko w brzuchu zaczęło szaleć, mocno kopać. Mój brzuch cały „chodził”. Młody lekarz wybiegł. Mojego męża wyprosili. Położna zaczęła krzyczeć, że źle oddycham, że dziecko się dusi przeze mnie.

Przyszedł starszy lekarz, rzucił na mnie okiem i zarządził cesarkę. Podpisałam papiery, położna zdjęła mi koszulę i kazała przejść na nosze. Mój mąż, który znów był na sali, chciał mi pomóc, położna odsunęła go, mówiąc: „żona sobie poradzi”. Wdrapałam się na nosze, naga, w bólach, z brzuchem wielkim jak namiot cyrkowy, w którym moje dziecko się dusiło.

Zabrali mnie na salę operacyjną, wieźli mnie tak jak weszłam na te nosze – nagą. Biegli. Pamiętam ten wiatr, który czułam na całym ciele. 

Pewnie powinnam była myśleć o dziecku. Martwić się. Modlić. Nie myślałam nic. Miałam pustkę w głowie. 

Dotarliśmy do sali operacyjnej. Kazano mi zejść z noszy i położyć się na stole operacyjnym. Próbowano wkłuć mi się w kręgosłup ze znieczuleniem. Wszedł lekarz, powiedział, że już za późno, że znieczulenie będzie całościowe. Położna kazała mi leżeć bez ruchu. Anestezjolog kazał mi przesunąć się do góry. Przesunęłam się. Położna krzyknęła: „Bez ruchu powiedziałam! O dziecku myśl!”. Lekarz wyprosił ją z sali. Podłączyli znieczulenie. Myślałam, że będę odpływać, jak na filmach, że będą liczyć do 10. To była sekunda. Odpłynęłam tak, jakby zgaszono światło w pokoju.

Obudziłam się, gdy wieźli mnie do sali. Pierwsze zdanie, które usłyszałam to: „Ej, ale dlaczego ona miała całościowe?”. To panie wiozące mnie dyskutowały o moim porodzie. 

Leżałam bez ruchu. Dowieźli mnie do sali, gdzieś po drodze dołączył do nas mój mąż. Powiedział, że Franek jest w inkubatorze, pokazał filmiki. Po raz pierwszy zobaczyłam swoje dziecko na filmiku. 

Zobaczyłam Franka na żywo po 4 godzinach, dlatego, że prosiłam. Chcieli przywieźć mi go dopiero następnego dnia. 

Franek otrzymał 5 punktów w skali Apgar. W drugiej minucie po urodzeniu przestał oddychać. Reanimowali go trzy minuty.

Nie wiem do dziś, co się zadziało. Nikt ze mną nie rozmawiał, lekarze unikali mnie. Trochę ich wkurzałam, trochę zwalali to na mnie, bo źle oddychałam. Wydawało mi się, że dobrze, starałam się robić to tak, jak na szkole rodzenia. Nikt na porodówce nie powiedział mi, jak to robić. Położnej prawie nie było.

Gdy w dniu wypisu zgłaszałam, że coś się dzieje z moją raną po cesarce, lekarz to zbagatelizował. Zapytał się mnie, czy mam w domu mydło. „Ma Pani? To proszę przemywać”. W szóstej dobie po porodzie miałam krwotok z rany.

Nie wiem, co się wydarzyło w trakcie porodu, nie wiem dlaczego poszło tak, a nie inaczej. Jeśli robiłam coś źle, położna lub lekarz mogli mi o tym powiedzieć, mogli mnie pokierować. Czułam się niedoinformowana, nie traktowana poważnie. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale wiem, że nie powinno tak być. Nikt ze mną nie rozmawiał, ani o mnie, ani o porodzie, ani o dziecku. O jego stanie, o reanimacji, o konieczności USG przezciemiączkowego, by stwierdzić, czy niedotlenienie miało jakieś konsekwencje – o tym wszystkim dowiedziałam się z karty Franka.

Do dziś nie wiem, kiedy był mój termin porodu, nikt nie potrafił mi na to odpowiedzieć. Czy trzeba było czekać, aż poród sam się zacznie? Czy trzeba było zrobić cesarkę wcześniej? Chciałam urodzić naturalnie. Ale nie wiem, co zrobię w kolejnej ciąży. Czy strach zwycięży. Strach o dziecko. 

Gdy Franek był już na świecie, bliska mi osoba powiedziała: „Nie wiem, jak mówić ludziom, że już urodziłaś. No właśnie, nie mogę mówić, że urodziłaś, no bo nie urodziłaś, prawda? Wiem, będę mówić, że Patrycja ma już Franka”.                                                                             


                                                       
Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! 
Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku KLIK!, zacząć obserwować mnie na Instagramie KLIK!, podzielić się tym tekstem przy pomocy ikonek poniżej lub zostawić komentarz.
Bez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!



Related Posts