co u nas moim skromnym zdaniem pierwszy rok

Sama sobie kręcę bacik


Pisałam ostatnio, że się biorę za siebie i jedzeniowo i ruchowo. Ale chcę też ogarnąć dom, tak wiecie, porządnie, jak w Perfekcyjnej Pani Domu (no może nie aż tak). Ale kurde, może mi telewizja zryła banię, ale ja wierzę, że kto uprawia sporty i ma czysty w domu, ma poukładaną głowę.


No i robię te ćwiczenia z Moniką Cywińską, o których pisałam w tym wpisie: Zabieram się za siebie. One są fajne, takie bardzo lajtowe, nie męczę się na nich zbytnio więc łatwiej mi się zmotywować, by je robić. Może nie jest to najlepsze podejście, ale póki co to jedyne jakie mam. 

Nie są wymagające, więc mogę je robić z Frankiem (który przeszkadza zdecydowanie bardziej, niż to dziecko z filmu.

Czasem robię Mel B. Ale Mel B nie ma dziecka chodzącego sobie to tu, to tam i mnie tak nie pociesza. 

No właśnie, bo Monika Cywińska mnie pociesza. Patrzę sobie na nią, ćwiczy, nie ekscytuje się, jak Mel B, ale ćwiczy. Śledzi wzrokiem to dziecko, ono czasem sobie piszczy, ale ona ćwiczy. Dopóki nie ma płaczu, ona ćwiczy.

I powiedziała takie zdanie, że czasem dzieci będą nam przeszkadzać, czasem jedno ćwiczenie zrobimy lepiej, a drugie już gorzej, bo z dzieckiem na ręku. Ale zrobimy. A może jutro się uda więcej, mocniej, bardziej.

I tak sobie myślę, że sama sobie ten bacik ukręciłam, że muszę, muszę ciągle zapewniać mojemu dziecku atrakcje, edukację i w ogóle wszystko super. Że nawet jak pozwalam mu na spontaniczną samodzielną zabawę, to jestem obok i się patrzę. Rodzic helikopter (o co bym siebie nie podejrzewała). I tak ciężko mi coś zrobić w domu, o sobie już nie mówiąc.

I że chcę inaczej. Od tych ćwiczeń mam trochę lepiej w głowie, ogarniam dom, gotuję lepsze rzeczy, mam więcej energii, piję mniej kawy. Uśmiecham się. 

Lepiej mi tak jakoś. Luźniej. 

I niby to wszystko wiem, że trzeba luźno, że rodzic helikopter to nie jest ta droga, którą chcę iść z moim dzieckiem, że dziecko to nie jest projekt, ani wyścig, a jednak… robię pewne rzeczy, wchodzę w pewne trybiki.

Inspirują mnie ludzie, którzy robią rzeczy, też chcę taka być. W mojej obecnej sytuacji, wszystko, co robię jest w pakiecie z Frankiem. Dotarło do mnie, że nie mogę rezygnować – z siebie, z moich pomysłów, z aktywności – niby to wiedziałam, ale w praktyce wygrywało – nie wiem właściwie co. Moje lenistwo? Wygoda? Nieumiejętność odnalezienia się w tej nowej dla mnie roli? Wolę z nim posiedzieć na podłodze, nudząc się jak milion kosmosów? Nie wiem.

Nie twierdzę, że siedzenie na podłodze jest złe. Ale ja czasem nawet się z nim nie bawiłam. Tkwiłam w jakimś takim zamyśleniu, wymyślaniu rzeczy, które może zrobię, jak uda mi się go zająć.

Teraz włączam Franka we wiele aktywności. Czasem robimy różne rzeczy obok siebie. Ale jesteśmy blisko. Gdy mnie potrzebuje, jestem tuż obok. Czasem podchodzi, przytuli się na chwilę, pokaże jak robi konik, a potem idzie dalej odkrywać świat. Mój mały synek. Tyle się dzięki niemu uczę.

Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! 
Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku KLIK!, zacząć obserwować mnie na Instagramie KLIK!, podzielić się tym tekstem przy pomocy poniższych ikonek lub zostawić komentarz.
Bez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!


Related Posts