co u nas drugi rok myślę sobie na bieżąco najnowsze

Jestem matką nieudolną

Jestem matką nieudolną


Tyle już napisano i powiedziano o wyścigu matek z dziećmi, o porównywaniu, o tym, że moje dziecko umie już to i tamto, ja robię tak, a Ty nie. I tyle razy już było, by nie porównywać, by nie oceniać, by nie doradzać. No i co? I pstro. Porównywać będziemy, oceniać również. Nie uwierzę nikomu, kto powie, że tego nie robi, sorry.


Po co to nam? Tak sobie myślę, że po to, by poczuć się lepiej. 


Macierzyństwo to praca, ciężka praca każdego dnia – dziecko, dom, praca nad sobą wreszcie – to ostatnie chyba dla mnie najcięższe. Codziennie się uczę, codziennie pracuję nad sobą w pocie czoła, uczę się cierpliwości, komunikacji, mediacji i negocjacji, uczę się formułować komunikaty coraz jaśniej i przejrzyściej, uczę się mówić o emocjach, uczuciach, nastrojach. Uczę się być lepszym człowiekiem. Po prostu.

Do tego ogarniam dom, życie, zakupy, pranie, sprzątanie, jedzenie bla bla bla, co Wam będę mówić – same wiecie. 

Za tę pracę, najcięższą ze wszystkich, jakie w życiu miałam, nie otrzymuję nagrody, wypłaty, urlopu, pochwały, motywacji w postaci premii. Sama muszę się dowartościować. Sama muszę się nagrodzić. 

Staram się łapać momenty, krótkie chwile, które mówią – warto. Wszystko warto dla takiego momentu (te wszystkie pierwsze razy, pierwsze kroki, słowa, każda nowa umiejętność, tak, wtedy czuję satysfakcję, dumę, wtedy wiem, że dobrze robię). 

Staram się rozmawiać z matkami, które myślą podobnie – wtedy też utwierdzam się w tym, że idę dobrą drogą.

Jednak czasem oceniam, wartościuję i krytykuję inne matki. Dlaczego? By poczuć się lepiej. Mea Culpa. 

System kar i nagród, pochwał i krytyk jest obecny w naszym życiu od urodzenia, nie wiem, czy da się wyjść z tego kręgu oceniania. Potrzebujemy pochwały, potrzebujemy nagrody, potrzebujemy jakiegoś wsparcia z zewnątrz, że tak, tak, dobrze robisz. Jedni mniej, drudzy bardziej, ale jednak. Dlatego, jeśli czegoś nie dostajemy, szukamy doraźnych sposobów, takich jak ocenianie innych – jeśli wypadniemy w tej ocenie pozytywnie, bardzo łatwo zyskujemy chwilowe lepsze samopoczucie.

Nie na długo, to trochę jak papieros, za godzinę, dwie, znów będziesz czuć potrzebę. 

Chciałabym, żeby tak nie było (ale jest), chciałabym, by ludzie nie potrzebowali takiego utwierdzenia, żebym ja nie potrzebowała, żeby moje dziecko nie potrzebowało. 

Jest jednak taka kwestia, która mnie w tym ocenianiu się nawzajem w kontekście matek bardzo uderzyła – a mianowicie: powiedzenie tego głośno. Tej oceny. Tej matce, którą oceniamy. 

I to jest dla mnie trochę szok zawsze, bo ja oceniam, wątpię naprawdę, czy któraś z nas tego nie robi. Najczęściej oceniam w mojej głowie, czasem opowiem o tym mężowi, on w swym męskim świecie nie potrzebuje takiego samoutwierdzania, że jest super ojcem, wie to i już, ale nauczył się już przez lata życia ze mną, że ja potrzebuję, więc pokiwa głową ze zrozumieniem, żebym czuła wsparcie.

Czasem pogadam o tym z moją przyjaciółką przez telefon, o której wiem, że ma podobnie rodzicielsko jak ja, myślimy i robimy to samo, i fundujemy sobie takie 15 minut pod tytułem: „kumasz? Nie rozumiem, jak można tak robić. No ja też nie. Przecież to jest tak, srak, owak”. Trochę się podbudujemy, trochę pogłaszczemy swoje ego. Koniec. Może nawet się odrobinę zawstydzimy na koniec, że znów nadajemy na inne kobiety. Odrobinę.

Ale nie wyobrażam sobie (poza skrajnymi sytuacjami), że ja biorę tę swoją opinię, ubieram w papierek Wiedzy Ostatecznej i Bezdyskusyjnej i idę tym machać przed oczami tej kobiety, którą oceniłam właśnie. Że niby moja racja jest najmojsza.

A w drugą stronę – a i owszem. W sensie mnie to spotyka notorycznie. Pewnie też z racji kilku moich wyborów macierzyńsko-rodzicielsko-życiowych typu długie karmienie piersią, rodzicielstwo bliskości, spanie razem, nie wrócenie do pracy po urlopie macierzyńskim. 

To, co mnie jednak uwiera, to to, że te wszystkie rzeczy nie są traktowane jako moje WYBORY, tylko objaw mojej nieudolności.

Komentarze na temat mojej nieudolności w mniej lub bardziej bezpośredni sposób słyszę praktycznie codziennie. A co słyszę? Ano, że:

JESTEM MATKĄ NIEUDOLNĄ

1. ponieważ karmię piersią tak duże dziecko (roczne przecież). Nie dlatego, że tak wybrałam, ale dlatego, że nie umiałam go odstawić, nie nauczyłam go pić z butelki, nie nauczyłam, że noc jest od spania, a nie od jedzenia, a tak wisi mi na cycku od rana do wieczora, zrobił sobie z mojej piersi smoczek. No, ale sama jestem sobie winna!

2. ponieważ śpię z dzieckiem w jednym łóżku. Ale po co? Przecież się nie wysypiam. No ale jak mogłam do tego dopuścić, przecież wiadomo, że on będzie chciał ze mną spać, tak tak, dzieci są cwane, dzieci już wiedzą jak rodzica podejść. Takie dwutygodniowe, leży toto, słodkie i niewinne, ale niech Cię nie zmyli. On tylko czyha na Twe potknięcie – pobujasz, przytulisz? Błąd! Przyzwyczai się i koniec, koniec z Tobą kobieto, życia nie będziesz miała.


3. ponieważ tłumaczę dziecku świat, uczucia, zjawiska i emocje. Ale po co Ty tak do niego gadasz? Przecież on nie rozumie. Z dziećmi trzeba krótko, krótkie komunikaty, jak do psa, max dwa słowa i koniec! Więcej nie zrozumie (ach ta wiara w kompetencje własnego dziecka już od maleńkości).

4. ponieważ moje dziecko nie idzie grzecznie za rączkę, tylko samodzielnie podbija świat. Ale jak to nie chce iść za rączkę? niech Pani go pilnuje! Są takie smycze dla dzieci, Pani wie, można kupić i kłopot z głowy. Ale dlaczego Pani go z wózka wyjmuje, bo płacze? Popłacze, popłacze i przestanie (sam se kurna popłacz i przestań).

5. ponieważ nie wciskam mu jedzenia na siłę, w ogóle bezsensu, że się kieruję tym czy coś chce czy nie. Bez sensu! Bo on się nauczy, że ludzie go słuchają, że robią tak jak on chce i wtedy KATASTROFA! Świat już nie będzie taki sam, a dziecko Twe, przebiegły mały Omen, nie da Ci żyć. Źle, źle, źle.

6. ponieważ reaguję na płacz mojego dziecka. On tylko pisnął, a Ty już lecisz, przecież on musi, musi się wypłakać! Płuca przeczyścić i nauczyć się, że Cię tym płaczem nie może szantażować!

Tylko, że… moje dziecko myli psa z koniem, sowę z małpką, kocie żarcie z rodzynkami i chyba jeszcze nie rozkminiło, co to znaczy SZANTAŻOWAĆ 🙂

I te wszystkie dobre rady pokazują mi, jak to nie rozpieścić mojego dziecka, tylko, że:

Dziecka nie da się rozpieścić dawaniem mu za dużo tego, czego naprawdę potrzebuje. Rozpieszczone dzieci to te, które nie potrafią zaakceptować słowa NIE. Liczą, że ich życzenia będą natychmiast spełniane – i zachowują się roszczeniowo. Jednak tak rozwijają się tylko te dzieci, które dostają za dużo tego, co niepotrzebne. (Jesper Juul)

A Wy? Czujecie się czasem jak matki nieudolne? 🙂

Jeśli podoba Ci się ten wpis, lub w jakiś sposób uważasz go za przydatny dla siebie, daj mi znać! Możesz polubić mamowato.pl na Facebooku  (tam piszę śmieszne rzeczy, a czasem trochę smutne, albo po prostu zwykłe) zacząć obserwować mnie na Instagramie (tam jest dużo zdjęć i one nie są jakieś ładne, bo trochę nie umiem ich robić), podzielić się tym tekstem przy pomocy poniższych ikonek lub zostawić komentarzBez Was to miejsce nic nie znaczy, cieszę się z każdej Waszej reakcji!

Related Posts

  • Pocieszę Cię – karmiłam Kubę 2,5 roku. To dopiero było „wooow, czemu tak długo, to chore”. Z kolei kiedy zakończyłam karmienie piersią słyszałam „co tak nagle, myślisz tylko l sobie”.
    Dlatego warto mieć to wszystko po prostu w …. 🙂

    • haha, no dokładnie, czasem komunikaty są sprzeczne 🙂 Teraz karmię Franka już 26 miesięcy (ten tekst jest sprzed jakiegoś czasu już) ale fakt, że jestem w drugiej ciąży sprawia, że ludzie często fundują mi komunikat „woow, to jest chore” 😀 😀 😀