myślę sobie na bieżąco

Traktat o czapeczce

Traktat po czapeczce

Co jakiś czas pojawia się na moim fanpage’u informacja o Frankowym braku czapeczki. Po co ja o tym piszę? O co mi chodzi? Się pochwalić chcę czy co? Niekoniecznie. Bo czapeczka nabrała dla mnie proszę Państwa znaczenia metaforycznego.

 

A za tą metaforą kryje się wpieprzanie w cudze życie.

Standardową reakcją na hasło „Franek nie nosi czapeczki” jest tłumaczenie się, że Wasze nosi. I o to właśnie chodzi – że się kurna nie ma z czego tłumaczyć. Franek nie nosi, a Twoje dziecko nosi. I to jest ok! Cokolwiek się za tym kryje – masz dziecko ciepłolubne, masz dziecko po chorobie, masz dziecko, które kocha czapeczki, masz ochotę na założenie dziecku czapeczki albo przekonanie, że właśnie nastał ten czas – rób to! I się kobieto nie tłumacz!

Ja właśnie o tym piszę, o tym są te posty o czapeczkach – żeby obśmiać te sprawę, bo wiecie, statystycznie rzecz ujmując, bezczapeczkowcom częściej się zwraca uwagę, że czemu to dziecko bez czapeczki, olaboga. Ja mogę mieć swoje zdanie o ubieraniu dzieci, ale gdzie mi z tym zdaniem się pchać do innych ludzi? Już dawno wyrosłam z bycia misjonarzem w wielu kwestiach macierzyńskich.

Mam swoje zdanie w wielu sprawach, mogę sobie uważać, że czapeczka czy brak czapeczki, mogę sobie myśleć o rozszerzaniu diety różne rzeczy, mogę wierzyć w moc matczynego mleka i jego przewagę nad mlekiem modyfikowanym – whatever. Ale nie mam i nigdy nie miałam zapędów do nachalnego edukowania kogokolwiek w czymkolwiek.

Na blogu jest dużo o karmieniu piersią, o rozszerzaniu diety, o pieluszkach wielorazowych, o wychowaniu w duchu rodzicielstwa bliskości – to są rzeczy, z którymi się zgadzam, ale Ty nie musisz i nikt nikomu nie musi się z tego tłumaczyć.

To są i tak rzeczy dla mnie większego kalibru – zdrowie dziecka, pewnego rodzaju nurty wychowawcze, które zakładają szacunek do dziecka. Czapeczka? Borze szumiący – przecież to pierdoła jest!

Dyskusje typu moje dziecko nosi czapkę, a moje nie naprawdę – naprawdę! – do niczego nie są nam potrzebne. Boli mnie, że zamiast tworzyć wielką wioskę matek właśnie w takich tematach się rozjeżdżamy, wszędzie szukając porównań, wszędzie próbując – nie wiem – być lepszymi od innych?

Mi już dawno przeszło, że to całe macierzyństwo to wyścigi. Chyba w sumie nigdy tak nie miałam.

Żeby była jasność – są sprawy, wobec których mam totalny sprzeciw – to na przykład przemoc fizyczna, przemoc słowna i emocjonalna wobec dziecka, czy totalne ignorowanie aktualnej wiedzy np. medycznej i na przykład rozszerzanie diety dziecku 2 miesięcznemu. Jak tak robisz, to się nie dogadamy.

Related Posts